Wycieczka do Lwowa - 1 maja 2007r.

Opowiadanie to zostało zainspirowane przeżyciem jakiego doznaliśmy podczas wizyty na Ukrainie 1 maja 2007 roku.

Postanowiliśmy pojechać na wycieczkę do Lwowa z Anią i Natalią. Był drugi dzień maja 2007 roku. Pogoda w sam raz na podróżowanie. Chcieliśmy zobaczyć piękne, zabytkowe, niegdyś polskie miasto. Oczywiście przed wyjazdem poszperałem w internecie czego można się spodziewać na Ukrainie. Niezbędna okazała się zielona karta na wypadek stłuczki- zaopatrzyłem się więc w takową tuż przed wyjazdem. Tuż przed granicą w Hrebennem wymieniliśmy 130 zł na ukraińską walutę - hrywna z zamiarem zatankowania paliwa i inne drobne wydatki. Wyszło około 216 hrywny z przelicznikiem 0,6.

Przejechaliśmy przez polską odprawę celną bez żadnych problemów i potem się zaczęło. Pierwsza kontrola i rozdanie karteczek które jak potem się okazało trzeba było wypełnić. Ile osób w samochodzie tyle karteczek. W następnym punkcie, po dwóch godzinach czekania w samochodzie zostaliśmy skontrolowani. Szanowny Pan celnik niemiłym głosem obwieścił nam, że źle wypełniliśmy druczki. Na pytanie co jest nie tak, co dopisać, za każdym razem dostawaliśmy tę samą odpowiedź- że źle wypełniliśmy druczki. Odjechaliśmy na bok i uzupełniliśmy druczki wg instrukcji która nie była w naszym ojczystym języku. Otrzymaliśmy pieczątkę i pojechaliśmy dalej. Trzysta metrów dalej kolejny kontrolujący (gruby, łysy i bezczelny), srogim głosem dał nam do zrozumienia że mamy tylko jedną pieczątkę a powinny być trzy. Zawróciliśmy i poszliśmy jeszcze raz do celnika. Ten z wielką łaską powiedział, żeby podejść do stojącej niedaleko puszystej Pani która chyba nie znała słowa "przesada" jeśli chodzi o swój makijaż ;) Otrzymaliśmy drugą pieczątkę. Kobieta ta była na tyle uprzejma (w przeciwieństwie do Pana celnika) i powiedziała, że mamy jeszcze podejść do pewnego kolesia po trzecią pieczątkę. Jak powiedziała, tak zrobiliśmy. Stał sobie koleś, który wyglądał jak turysta i używając swojej ręki jako podkładki postawił trzecią pieczęć. Pojechaliśmy dalej- tym razem z trzema pieczątkami zostaliśmy wpuszczeni na terytorium Ukrainy.

Kilometr dalej zajechaliśmy na stację paliw. Przy każdym dystrybutorze leżały klocki służące do przechylania samochodu delikatnie na bok, żeby więcej "tańszej" benzyny dało się nalać do baku. Zatankowaliśmy za 150 hrywny. Wyjechaliśmy ze stacji i nagle zatrzymuje nas koleś ubrany nijak, przedstawiający się jako pracownik milicji. Zaczął coś gadać że ciągła linia czy coś :) a potem że jak dostanie 10 hrywny to możemy jechać. Że nie była to wielka kasa dla nas woleliśmy mu zapłacić i mieć święty spokój. Kilka set metrów dalej, zatrzymuje nas milicjant. Tym razem w mundurze. Poprosił o prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Zapytał czy to mój samochód czy nie. Szukał haka na mnie czy jak? Zdziwiło mnie to bo przepisowo jechaliśmy. Obyło się bez płacenia :p No i pojechaliśmy dalej.

Mieliśmy wrażenie jakby każdy patrzył na nas jak na jakiegoś wroga i podejrzanego typa. Ogólnie kraj jest ładny, piękne krajobrazy ale zachowania ludzi a zwłaszcza kierowców na drodze powodowały dreszcze. Na drodze panuje chaos, kierowcy próbują wykazywać swoją wyższość na drodze. Dominowały głównie stare samochody i ciężarowe kamazy. Jakieś 15 km przed celem podróży zatrzymaliśmy się w małym miasteczku aby zakupić mapę Lwowa. Nie udało się niestety, poczuliśmy za to przenikający, niechętny wzrok mieszkańców tejże miejscowości.

Dojechaliśmy do Lwowa, zatrzymaliśmy się przy stacji autobusowej, tym razem udało się kupić mapę za 3,60 hrywny która wyglądała jak używana - no ale mapa to mapa :) Pojechaliśmy do centrum. Nie udało się znaleźć parkingu strzeżonego, nie udało się też znaleźć parkingu, zaparkowałem więc samochód na ulicy zupełnie jak inni kierowcy. Z bólem serca zostawiliśmy samochód i poszliśmy zwiedzać. Lwów to jedna wielka starówka, piękne budynki, mnóstwo pomników, szkoda tylko, że wszystko nie zadbane. Na ulicach nie było pasów dla pieszych, panował ogólny chaos, ludzie trąbili na siebie, wychylali się z okien żeby powrzeszczeć na siebie. Jeździły tam tramwaje, trolejbusy i autobusy. Te ostatnie zatrzymywały się w zupełnie nie znanych dla nas miejscach, nie było tam żadnych przystanków, choćby słupków z tabliczką i numerem. Skąd ci ludzie wiedzieli gdzie one się zatrzymują?? Obeszliśmy miasto dookoła, zrobiliśmy zdjęcia i przyszła pora żeby coś zjeść. Wszędzie było słychać głosy Polaków :) Po długich poszukiwaniach i pomocy pewnej młodej bardzo miłej mieszkanki Lwowa udało się znaleźć pizzerię. Najedzeni zakupiliśmy jeszcze cukierki i piwko na drogę, zostawiliśmy 10 hrywny na drogę na wypadek jak by jakiś milicjant miał do nas zastrzeżenia :)

Poszliśmy w stronę samochodu. Samochód stał tam cały i zdrowy - wsiedliśmy i pojechaliśmy w kierunku głównej trasy wylotowej na Medykę. Droga ta była niesamowicie wyboista, rozpadające się kocie łby. Nagle wszystkie samochody przed nami zatrzymały się. Stoimy, patrzymy, myślimy sobie- pewnie korek. Jak się potem okazało to był parking :) Tak po prostu na środku drogi był parking. Zawróciliśmy i zupełnie inną droga wyjechaliśmy z miasta. Była wczesna pora - koło 18 - chcieliśmy jeszcze zwiedzić Przemyśl, szybciutko dojechaliśmy do granicy a tam trzy godziny czekania!!

Gdy przejechaliśmy granicę niestety było już ciemno więc nici ze zwiedzania Przemyśla :/ No i tak szczęśliwie wróciliśmy z dość dziwnego kraju. Naprawdę pobyt tam zrobił na nas wrażenie- było co opowiadać. Z jednej strony zobaczyliśmy piękny kraj i piękne miasto a z drugiej zupełnie inną niż nasza krainę i ludzi. Osobom wybierającym się tam, polecamy uzbroić się w cierpliwość i mieć ze sobą dodatkowe 10 hrywny na wypadek spotkania pewnego tajemniczego Pana podającego się za milicjanta ;)