Majówka 2009 (Hamburg, Amsterdam, Bruksela, Berlin)

Majówkowa wycieczka, na którą wybraliśmy się w północno zachodnie rejony Europy dostarczyła nam wielu wrażeń i miłych wspomnień. Ludzie którzy nas gościli okazali się bardzo sympatyczni i otwarci. Na samym początku wyprawy, miło zaskoczył nas Hamburg, który jest sterylnie czystym i estetycznie wyglądającym miastem z ciekawymi architektonicznie zabytkami, ładnym jeziorkiem i uroczymi wąskimi uliczkami pełnymi gęsto zaludnionych małych knajpek.

Zajechaliśmy tam około 10 rano, po ponad dobie bez chwili snu. Bettina, u której się zatrzymaliśmy powitała nas w koszulce z napisem Polska, pokazała gdzie dogodnie i legalnie możemy zaparkować, a następnie poczęstowała śniadaniem. Byliśmy trochę zmęczeni, ale nie chcieliśmy tracić czasu na siedzenie w domu, więc Bettina zabrała nas do parku, gdzie zdrzemnęliśmy się z godzinkę, leżąc na trawie. A potem już siły wróciły i można było ruszać dalej :). Zobaczyliśmy port i zabytkowy tunel biegnący pod rzeką, a następnie wykupiliśmy przejażdżkę turystycznym autokarem - godzina jeżdżenia po najciekawszych miejscach Hamburga, gdzie kierowcą okazał się być Polak-Kowalski :). Oprócz masy zabytków udało się nam podpatrzeć również miejscowe zwyczaje, jak np. masowe piknikowanie na każdym wolnym skrawku trawy wokół jeziorka i w parkach. Wieczorem Bettina i jej chłopak- Lars zabrali nas na imprezę organizowaną przez ich znajomych w klimatycznym klubie, gdzie był zespół grający rockową muzykę, a piwa rozdawano za darmo, na koszt organizatorów przedsięwzięcia :). Po powrocie do mieszkania, Lars włączył jeszcze ich ulubiony serial komediowy na komputerze, a następnie wszyscy rozeszli się do snu. Wyjeżdżaliśmy o świcie, więc Bettina wstała tylko na momencik, żeby się pożegnać i życzyć nam szczęśliwej drogi.

No i rozpoczęliśmy kolejny etap naszej wycieczki-podróż do Amsterdamu.

Ku naszemu zdziwieniu, w Holandii wcale nie ma (a przynajmniej nie spotkaliśmy) tak wielu wiatraków (minęliśmy 2) i pól tulipanów (ani jednego), jak przyjęło się powszechnie sądzić. Amsterdam za to, jest ślicznym, chociaż dość brudnym miastem. Rynek jest piękny, ale nawet w pewnej odległości od niego ciągną się zabytkowe kamieniczki, urokliwe kanały i mosty. Mają tam też swoje ?Chinatown? z wielką ilością wszelkiego rodzaju straganów i sklepików oraz ładną, bogato zdobioną świątynią. Jest to bardzo ciekawe i wielokulturowe miasto, ale nie bardzo nam się tam podobało jeśli chodzi o stronę obyczajową. Raził totalny brak jakichkolwiek norm społecznych. Wzdłuż wąskich uliczek tuż przy rynku, za wielkimi oknami, jak na witrynie sklepowej stały półnagie prostytutki, czekając na klientów; na ogólnodostępnych stoiskach z pamiątkami, wśród pocztówek z widoczkami i koszulek w rodzaju: "i love amsterdam" można było natrafić na pornograficzne zdjęcia i różnego rodzaju erotyczne akcesoria, bez ostrzeżeń typu: tylko dla dorosłych - każdy przechodzień chcąc nie chcąc był bombardowany tego typu treściami, nic więc dziwnego, że Amsterdam, to miasto w którym praktycznie nie ma dzieci, a jeśli są to muszą widocznie nie być wypuszczane na ulice w centrum ;). Obrazu dopełniał unoszący się niemal wszędzie zapach palonej marihuany. Ale oczywiście nie wszystko tam jest złe. Holendrzy żyją bardzo ekologicznie, większość z nich jeździ po mieście na rowerach, do tego świetnie mówią po angielsku i są dość uprzejmi. No i mają naprawdę ładną stolicę! Z Amsterdamu wyjechaliśmy późnym popołudniem i na wieczór dotarliśmy do celu naszej podróży - Brukseli.

Nie obyło się oczywiście bez przygód :).

Już na samym początku, tuż po przekroczeniu granicy Belgii, uderzyło nas ubogie oznakowanie tras, tak inne od perfekcyjnych-niemieckich i też całkiem dobrych-holenderskich. To jednak był tylko początek zaskakujących sytuacji drogowych. Po jakimś czasie jazdy autostradą, w oczekiwaniu na znak oznajmujący zjazd w kierunku Brukseli, postanowiliśmy się zatrzymać i zorientować, w którym miejscu właściwie jesteśmy. Zamierzaliśmy wjechać do miasta od strony północnej, a okazało się, że jesteśmy już kilkanaście kilometrów za jego południową granicą, tuż obok Waterloo :). Zawróciliśmy i po chwili błądzenia znaleźliśmy się na jakimś cichym osiedlu, które oczywiście stanęło na naszej drodze bez żadnego znaku, informującego jaka to miejscowość. Gdy okazało się, że jesteśmy już w Brukseli zaczęły się kolejne schody. Mapa nie była zbyt dokładna, a w połączeniu z fatalnymi wręcz oznaczeniami ulic, trafienie pod adres naszego gospodarza okazało się nie lada wyzwaniem. Próbowaliśmy zapytać przechodniów, ale niestety Belgowie tak słabo znają angielski, że rozmowa musiała odbywać się wpół na migi, co umożliwiało udzielenie instrukcji, jak dalej jechać, tylko do najbliższego skrzyżowania:). A więc, niemalże co skrzyżowanie, musieliśmy zatrzymywać się i łapać przechodnia, żeby powiedział nam - co dalej.

Na miejsce zajechaliśmy więc dopiero koło 23. Belgowie (Olivier i Sophie) byli mili, ale traktowali nas troszkę z góry. Zamieniliśmy parę słów i położyliśmy się spać. Następnego dnia rano poczęstowali nas przepysznym belgijskim śniadaniem, poznaliśmy też ich uroczego synka - Hugo. Po śniadaniu Olivier dał nam mapę miasta, na której zaznaczył warte zobaczenia miejsca, również takie, których nie znajdzie się w przewodnikach. Wyruszyliśmy więc zwiedzać.

Zaskakujące było to, że mieszka tam tak wielu Polaków! Jest też sporo polskich sklepów, co krok słychać polski język i widać polskie rejestracje samochodów. Natomiast sama Bruksela, jest chyba najładniejszym miastem jakie dotąd widziałam - dużo zabytków architektonicznych, ładnie wkomponowanych w bardziej współczesną zabudowę, do tego wszystkie uliczki jak spod igły, ładne, zadbane, zielone, z gustownymi płotkami, latarenkami, stoliczkami na kawę itp. Naprawdę robi wrażenie! Jest tam również wiele ciekawych miejsc, których nie ma w przewodnikach, np. sklep z artykułami afrykańskimi, po którym chodzi się jak po labiryncie, klucząc od pokoju do pokoju, zarówno w poziomie jak i w pionie, a do przejścia ma się tylko tyle miejsca, żeby ustawić stopy, bo wszędzie dookoła poukładane są jedne na drugich posążki, maski i różne plemienne akcesoria. Albo pub, w którego asortymencie jest 2000 piw z całego świata, czy też uliczka, wzdłuż której ciągnie się po obu stronach sznur restauracji, z których kelnerzy bardzo nachalnie i w wielu językach namawiają przechodniów do wejścia i posmakowania miejscowych specjałów (nie skorzystaliśmy, gdyż Olivier ostrzegł, że jest tam bardzo drogo, a niekoniecznie smacznie), tudzież siusiająca dziewczynka, jako odpowiedź na słynnego Manneken-Pis.

Pozwiedzaliśmy, zjedliśmy przepyszną truskawkę umoczoną w czekoladzie, w jednej z najsłynniejszych (najdroższych?;)) belgijskich cukierni i na koniec pojechaliśmy zobaczyć Atomium (te słynne kulki przy Parlamencie Europejskim). Byliśmy w ostatniej chwili, ale jeszcze udało się wjechać na górę, gdzie zobaczyliśmy ładną panoramę miasta.

Następnego dnia o świcie wyjechaliśmy do Berlina.

Co można o nim powiedzieć? Brzydkie miasto z paroma ciekawymi obiektami. Całkiem poważnie mówiąc, nie było tam nic, co urzeka. Być może odczucia te potęgował fakt, że cały dzień było zimno i padał deszcz, no ale jednak jest to miasto, które dostarczyło nam najmniej wrażeń i estetycznych doznań z całej wycieczki.

Z dobrych rzeczy - interesująca była podróż trasą, wzdłuż której przebiegał mur berliński. Zrobiło to na nas naprawdę duże wrażenie. Zarówno sam mur, jak również te wszystkie pamiątki z nim związane, np. miejsce, w którym przechodzono z jednej strefy do drugiej, tzw. "Check Point Charlie".

Miłych wspomnień dostarczyli również nasi gospodarze - para Hindusów, którzy okazali się być bardzo sympatycznymi i skromnymi ludźmi, chętnie opowiadali o życiu w Berlinie, a nawet zabrali nas wieczorem na samochodową wycieczkę po okolicy.

Wyjechaliśmy stamtąd o 20 i po prawie całej nocy podróży, dotarliśmy szczęśliwie do domu, zmęczeni, ale zadowoleni, z kolekcją zdjęć i bagażem niezapomnianych wspomnień.